| Grunt to mieć marzenia... - Maluchem do Mongolii |
|
|
| Wpisany przez Filip Zieliński |
| wtorek, 03 marca 2009 17:00 |
|
– Grupa SGBW. Co oznacza ten skrót? – Jest to nieformalne „Stowarzyszenie Górsko-Biwakowe Wieliczka”. Dla nas jest to po prostu grupa znajomych poznanych w wielickim Liceum Ogólnokształcącym. Głównym celem jest wspólne spędzenie czasu – podróże, imprezy, wspinaczki górskie…
– W zeszłym roku była wyprawa Polonezem na Krym, wcześniej Maluchem udało się odwiedzać Słowację, Austrię, Ukrainę, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Włochy, Słowenię, Czarnogórę, Albanię i Grecję… Były też wyprawy rowerami – najdalej na Chorwację, no i oczywiście podróż autostopem dookoła Turcji, Francji, Szwajcarii, Bośni i Hercegowiny. – Skąd w ogóle pomysł na wyprawę Fiatami 126p do Mongolii? – Połączenie Monthy Pythona i napoju alkoholowego zaowocowało niezwykle intensywną burzą mózgów i różnymi pomysłami na spędzenie wakacji. Spośród nich wybraliśmy ten najbardziej absurdalny, jakim była właśnie podróż polskim „samochodem dla ludu” do kraju Czyngis-chana. – Jak ludzie reagowali na Wasz pomysł? Wierzyli, że uda się Wam dojechać do Ułan Bator i powrócić „o własnych siłach"? – My sami w to nie wierzyliśmy. Poważnie! Ludzie stukali się po głowach i uśmiechali pobłażliwie. Nikt nie dawał nam szans dotarcia chociażby nad Bajkał, nie mówiąc już o powrocie. – Wyprawę ochrzciliście mianem „Rajdu Lajkonika”. Lajkonik to przecież symbol Krakowa, a Wasza wyprawa oficjalnie wyruszyła z Wieliczki. – Lajkonik to legenda związana ze średniowiecznymi najazdami Mongołów na gród Kraka. Wieliczka leży tak blisko Krakowa, że bez przeszkód można jej mieszkańców nazywać Krakusami. – Do pokonania mieliście prawie 18 tysięcy kilometrów. Dlaczego do Mongolii udaliście się „Małymi Fiatami”? Komfortu podróżowania Maluchem nie można przecież porównywać do współczesnych konstrukcji. – Jak pokazało doświadczenie zdobyte na trasie wyprawy, są to jedyne samochody, które nadają się do pokonania takiej odległości. Z komfortem podróżowania nie było aż tak źle. Początkowy szok spowodowany ciasnotą, niewygodą i hałasem, mija po kilku tysiącach kilometrów i człowiek zżywa się z maszyną. Jest to jego jedyny sprzymierzeniec w walce o spełnienie marzeń – dotarcie do Mongolii. – Nie kusiło Was, aby przesiąść się do nowszych pojazdów? – Zdecydowanie NIE! Własnego Malucha nie oddałbym za żadne skarby świata. Główną zaletą „Małego Fiata” jest jego prostota i funkcjonalność. Ze wszystkich kłopotów można wybrnąć chociażby przy pomocy taśmy klejącej, co zdarzyło się kilkukrotnie podczas naszej podróży. – Jakie były reakcje spotkanych ludzi na widok czterech „Małych Fiatów” za Uralem? Słyszałem, że wzbudziliście nawet zainteresowanie mongolskiej telewizji. – Maluchy wzbudzały zainteresowanie już na Ukrainie, a im dalej na wschód, – Co było najtrudniejsze w całym przedsięwzięciu? – Najcięższe były początki – zorganizowanie pieniędzy, załatwienie wiz, szczepień, czy przygotowanie samochodów, aby przetrwały morderczą dla nich podróż na wschód. W dniu startu było już z górki, Nasze dotychczasowe kłopoty zastąpiła myśl, że wszystko może się udać i dojedziemy do upragnionego celu jakim był Ułan Bator. – Zazwyczaj Mongolia kojarzy się z bezkresnym stepem, Czyngis-chanem, czy jurtą. Jak zmieniło się Wasze wyobrażenie o tym kraju? – Mongolię można podzielić na dwa obszary – Ułan Bator i to co poza nim. Samo miasto nie budzi pozytywnych emocji. Jest brzydkie, zatłoczone, ruch uliczny to prawdziwy koszmar zarówno dla kierowców, jak i pieszych. Natomiast druga część to całkowity kontrast: przestrzeń, przyroda, czyste powietrze, niesamowite krajobrazy i ludzie, którzy cieszą się ze spotkania z człowiekiem. Coś pięknego! – Zamierzacie jeszcze kiedyś udać się do Mongolii? – Na pewno byśmy chcieli, zobaczymy jak to będzie. – Planujecie już kolejne podróże? – Oczywiście! Pomysłów jest już cała masa, tylko ciągle wisi nad nami problem jakim są pieniądze i czas potrzebny na wyprawę. Z reguły jeśli ktoś ma czas, to nie ma pieniędzy na realizacje swoich marzeń, a jeśli dysponuje odpowiednimi funduszami, to nie ma czasu na kilkutygodniowe eskapady. Pracujemy nad zmianą tego stanu rzeczy i mamy nadzieję, że połączenie przyjemności z rzeczami pożytecznymi przyniesie oczekiwane przez nas rezultaty i już niedługo wyruszymy w kolejną podróż… – „Małymi Fiatami”? – Nic nie jest wykluczone… – National Geographic nominowało Waszą wyprawę w kategorii „podróż roku". Uważacie, że macie szanse na wygraną? – Nie wiem, nie interesowałem się wcześniej konkursami tego typu, więc ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Najciekawsze jest to, że nie wiemy nawet kto nas do tego konkursu zgłosił! Jest nam jednak bardzo miło, że zostaliśmy docenieni przez pismo pokroju National Geographic.
Szczególne podziękowania dla wszystkich, którzy wpierali wyprawę: Rozmawiał: Filip Zieliński
|